Dyrektor generalny Smartcat, Ivan Smolnikov, wyjaśnia, dlaczego nie sprzedajemy „miejsc” (licencji na użytkownika) i dlaczego uważamy, że jest to bardzo pozytywne dla branży.
Autor: Ivan Smolnikov i Jean-Luc Saillard
Błędy poznawcze to nieprzyjemna sprawa. Kiedy uczestniczę w konferencjach branżowych, ludzie często pytają mnie, dlaczego w Smartcat nie sprzedajemy „miejsc” (licencji na użytkownika), tak jak robią to inni dostawcy. Czasami towarzyszą temu zaniepokojone spojrzenia, jakbyśmy próbowali coś ukryć. Ostatnią kroplą było to pytanie na Quora, które w zasadzie podsumowuje te pytania i obawy. W tym artykule chcę wyjaśnić, dlaczego nie sprzedajemy licencji i dlaczego jest to bardzo pozytywne dla branży.
Nie sprzedajemy licencji i nie liczymy użytkowników – to część naszej podstawowej filozofii i motywacja, która stała za stworzeniem Smartcat.
Nasz zespół założycielski działa w branży od wielu lat i stworzył kilka odnoszących sukcesy przedsiębiorstw. Na początku 2010 roku mieliśmy szybko rozwijającą się firmę LSP i czuliśmy się ograniczeni przez technologie tłumaczeniowe, które istniały od 15 lat. W 2012 roku spotkałem Jean-Luca Saillarda, obecnie dyrektora operacyjnego Smartcat, który borykał się z tymi samymi problemami w swojej amerykańskiej firmie tłumaczeniowej. Uznaliśmy, że podczas gdy inne branże już korzystały z łatwych w użyciu, opartych na chmurze rozwiązań do współpracy, technologie tłumaczeniowe utknęły w latach 90., a rynek zdominowały złożone, drogie i głównie stacjonarne produkty. Marzyliśmy o rozwiązaniu, które pozwoliłoby nam zarządzać projektami z udziałem dziesiątek współpracowników z różnych krajów — kierowników projektów, tłumaczy, redaktorów i tak dalej. Rozwiązanie, które byłoby intuicyjne, oparte na chmurze, skalowalne i wydajne, pozwalające nam skupić się na naszej działalności i rozwoju.
W ten sposób powstały kluczowe wartości Smartcat. I właśnie dlatego zaprojektowaliśmy Smartcat tak, aby zapewnić szybką i nieograniczoną skalowalność.
Można powiedzieć, że rozwiązanie oparte na chmurze, łatwe w użyciu, szybkie w uruchomieniu i niedrogie brzmi dobrze — ale dlaczego nadal nie sprzedajecie licencji? Ponieważ uważamy, że w dzisiejszej branży tłumaczeniowej nie można polegać na oprogramowaniu opartym na modelu licencji dla kluczowego procesu produkcyjnego bez powodowania niepotrzebnych utrudnień dla użytkowników. Pomyślcie o tym: nie ma wielu branż, w których 90% użytkowników głównej aplikacji biznesowej „zużywających stanowiska” to freelancerzy. Oczywiście nie jest to sztywna zasada. Widziałem odnoszące sukcesy firmy tłumaczeniowe, w których wszyscy pracowali w jednym biurze, ale typowy dostawca usług językowych zatrudnia 10 razy więcej freelancerów z całego świata niż pracowników wewnętrznych. Liczba ta nie jest stała, zmienia się z miesiąca na miesiąc, a w przypadku bardzo szybkiego rozwoju firmy nawet z dnia na dzień. Nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się duży projekt wymagający większej liczby tłumaczy, redaktorów, grafików itp. Taka jest rzeczywistość, w której żyjemy od lat 90. XX wieku, rzeczywistość, którą przyniosły Internet i globalizacja, a która pozwoliła firmom LSP rozwijać się szybciej, a przedsiębiorstwom łatwiej wchodzić na nowe rynki światowe. Co ciekawe, od tamtego czasu niewiele się zmieniło pod względem technologicznym. Oczywiście pewien postęp nastąpił.
Najpierw pojawiły się rozwiązania typu klient-serwer, umożliwiające pewną współpracę. Jednak tylko w teorii: prowadząc firmę zatrudniającą ponad 200 tłumaczy wewnętrznych i ponad 2000 tłumaczy zewnętrznych, nigdy nie udało mi się w pełni skorzystać z tych rozwiązań ze względu na wysokie ceny i niedogodności związane z tworzeniem i realizacją projektów z udziałem wielu rozproszonych uczestników. W połączeniu z infrastrukturą sprzętową i niezbędną wiedzą specjalistyczną czynniki te sprawiały, że technologia ta była poza zasięgiem małych i średnich dostawców usług językowych. Następnie pojawiły się pierwsze aplikacje oparte na chmurze. Były one krokiem naprzód w stosunku do narzędzi typu klient-serwer, ale w istocie powielały te same ograniczenia, tylko w chmurze. Nadal nie można było skutecznie skonfigurować współpracy wielu użytkowników bez dzielenia dokumentów na części, a zapewnienie wszystkim tych samych informacji kontekstowych w celu zapewnienia spójności również stanowiło wyzwanie. Oczywiście nadal trzeba było codziennie liczyć licencje, jakby firma była biurem rachunkowym, a nie agencją tłumaczeniową. Należało policzyć freelancerów i/lub menedżerów, a następnie przeliczyć to wszystko na niezbędną liczbę „stanowisk”, a potem zastanowić się, jak najlepiej „rozdzielić” je między uczestników...
Czy nie powinieneś raczej skupić się na swojej podstawowej działalności? Czy nie uważasz, że te bariery są absurdalnie sztuczne w XXI wieku?
A jeśli tak, to dlaczego uważasz, że ten model jest tak powszechny, mimo że wyraźnie nie ma zastosowania w dzisiejszej branży tłumaczeniowej? Ludzie są podatni na błędy poznawcze, dlatego. Ponad 25 lat temu ktoś stworzył oprogramowanie do tłumaczeń i zaczął je sprzedawać na licencjach. Następnie, 20 lat później, ktoś postanowił przenieść je do chmury (co było dobrym posunięciem), ale nie zadbał (lub nie odważył się) o rezygnację z modelu sprzedaży licencji. Jedna zmiana na raz, prawda? Powtórzę: liczenie stanowisk po prostu nie pasuje do branży tłumaczeniowej, gdzie ponad 90% pracowników to freelancerzy, a codziennie powstają nowe projekty współpracy z różną liczbą osób. Trzeba umożliwić wszystkim tym osobom efektywną współpracę i nie można sobie pozwolić na utrzymywanie nadmiaru stanowisk „na wszelki wypadek”. Trzeba też pozwolić kierownikom projektów być produktywnymi, a nie stanowić wąskie gardło w przekazywaniu informacji między współpracownikami. Kontynuujemy nasze własne cierpienie z powodu inercji. Tradycyjni dostawcy oprogramowania boją się zmian. Co więcej, niektórzy z nich będą robić wszystko, co w ich mocy, aby przekonać Państwa, że zakup licencji jest jedyną słuszną „ideologią”. Jeśli jednak zapytają Państwo ich, w jaki sposób pomaga to użytkownikom, z trudem będą w stanie odpowiedzieć. Wszystko to jest niesamowicie podobne do eksperymentu z pięcioma małpami.
Ale przecież nie jesteśmy małpami, prawda?
Dlatego właśnie, kiedy tworzyliśmy pierwszy w historii edytor CAT dla wielu użytkowników, od samego początku wiedzieliśmy, że nigdy nie będziemy zmuszać naszych użytkowników do liczenia licencji. Byliśmy przekonani, że nie chcemy, aby nasi użytkownicy martwili się o posiadanie wystarczającej liczby licencji za każdym razem, gdy rozpoczynają projekt współpracy z wieloma nowymi freelancerami. A w naszej branży chodzi przede wszystkim o współpracę. Zapomnijmy więc o liczeniu licencji, dobrze? Od razu zauważysz, o ile łatwiej i lepiej jest, gdy nie musisz mierzyć ilości technologii, na którą możesz sobie pozwolić, aby realizować swoje projekty — dziś lub jutro.
„Szybkie rozprzestrzenianie się technologii chmurowych na całym świecie dowodzi, że narzędzia tłumaczeniowe oparte na chmurze są jednym z kluczowych czynników wpływających na wyższą wydajność, lepszą ekonomię i wyższą jakość tłumaczeń. Smartcat zapewnia nam to wszystko! Nie musimy już martwić się o licencjonowanie; wystarczy dodać dowolną liczbę lingwistów i przydzielić ich do odpowiednich projektów. Ta ogromna elastyczność pozwala nam nie martwić się o koszty licencji w przypadku dużych projektów wymagających współpracy i/lub crowdsourcingu”.
Gökhan Fırat, kierownik operacyjny w Localex
„Nie ma żadnych ukrytych warunków. Wyjątkowa technologia platformy idealnie wpisuje się w płynne podejście Smartcat do tłumaczeń opartych na współpracy, a model „bez licencji” stanowi podstawę naszej ścisłej współpracy z tą firmą”.
Jeff Weiser, Dział tłumaczeń
„Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Smartcat, pomyślałem, że niemożliwe jest posiadanie tak kompleksowego rozwiązania bez rzeczywistej licencji. Kiedy dowiedziałem się o możliwości rejestracji i posiadania wszystkich swoich projektów tak, jakby to było konto Gmail, pomyślałem, że gdzieś jest haczyk, którego nie widzę. Potem ułatwili mi to jeszcze bardziej, zapewniając to doskonałe rozwiązanie do współpracy wszystkim moim freelancerom od razu na miejscu. Zdałem sobie sprawę, że tym razem nie potrzebuję żadnych niestabilnych stanowisk, ponieważ mogę obserwować rozwój swoich projektów z mojego tronu”.
Juan Baquero, dyrektor generalny Baquero Translation
Nasz przykład pokazuje, że „gospodarka bez miejsc siedzących” jest rzeczywiście możliwa. Musimy tylko pozbyć się błędów poznawczych i przestać ślepo podążać za pesymistami.
No i przestań wykonywać tę żmudną pracę polegającą na liczeniu miejsc siedzących.
P.S. W kolejnych artykułach omówię bardziej szczegółowo, dlaczego korzystanie z Smartcat jest bezpieczne, skąd pochodzą nasze przychody i dlaczego „sprzedawcy miejsc” są tak zaniepokojeni w obliczu tej nowej rzeczywistości. W międzyczasie warto zapoznać się z naszym oświadczenie dotyczące bezpieczeństwa oraz plany.



